16 komentarzy

  1. Em says:

    6 kwietnia 2016 o 22:03

    Niestety, po pierwszym macierzyńskim urlopie i po drugim przechodziła kryzys macierzyński. Mija. Najważniejsze, że mija. A wsparcie i zrozumienie męża bezcenne.

  2. m_ysz_ka says:

    7 kwietnia 2016 o 10:05

    Ja pracuję a mimo to tak się czuję. Mogę dodać do listy denerwują cię współpracownicy i praca kompletnie nie cieszy ;) A tak serio to bardzo mi brakuję takiego kręgu wsparcia, zrozumienia wśród innych kobiet. Jeśli nie mają dzieci to jest dla nich często kosmos i nie do wyobrażenia albo zwyczajnie temat je nudzi. Ja tutaj czuję, że utrzymanie powiek w górze to ponad moje siły a one mi mówią „w czym problem, wybierz się na fitness”. A jeśli koleżanki mają dzieci to jest ten wieczny konkurs na najlepszą matkę świata, wieczny wyścig. Szczególnie jak się jest mamą hajnidka a rozmawia z mamą spokojnego dziecka uwielbiającego bawić się z tatą „nie rozumiem w czym problem, powiedz mu żeby teraz pobawił się sam, bo mamusia musi odpocząć, mój to godzinami będzie budował z klocków”. Ech.

    • MatkaNiePolka says:

      7 kwietnia 2016 o 14:35

      Rozumiem Cie doskonale. Moja córka jest bardzo wymagająca… Cały czas w ruchu, ani chwili nie zajmie się sobą chociażby siedząc na macie wśród zabawek. O jeździe wózkiem też możemy zapomnieć, czy dłuższa droga autem to też wyczyn. A mieszkamy na wsi i wszędzie daleko… Muszę z nią być cały czas… Nawet jeśli mąż wraca z pracy to chwilę jest z nim a później znowu chce być ze mną. Mieszkam sama z mężem, tutaj nikogo nie znam, nie mam do kogo wyjść. Jestem z K. Cały dzień sama… Średnio raz w tygodniu mam ochotę wystrzelic się w kosmos… Kocham core ale potrzebuje czasu by za nią zatesknic… Ale najgorsze jest to że komu bym o tym nie mówiła to wszyscy patrzą na mnie jak na kosmitke, w ogóle o co mi chodzi. Temat rzeka….

      • says:

        9 kwietnia 2016 o 02:59

        Mam dokładnie tak samo! Mieszkamy w Irlandii, z dala od rodziny, przeprowadziliśmy się niedawno do Limericku i nie znamy za wiele osób, też poza miastem mieszkamy, gdzie nic nie ma, a moja roczna córcia ma tyle energii, że nie usiedzi 5 minut na miejscu. Jak sie z nią bawię na macie, to jest ok, ale jak tylko odejdę na chwilkę, to człapie za mną. Mąż do wieczora w pracy, więc całe dnie same siedzimy. Nieraz mam dość i jestem wyczerpana bardziej psychicznie niż fizycznie – chociaż noszenie na rękach też daje mi w kość. Pozdrawiam Was dziewczyny i trzymajcie się dzielnie :) I wpadnijcie też do mnie na bloga jak macie ochotę :)

      • ... says:

        12 kwietnia 2016 o 00:20

        Najgorsze jeszcze jak mówisz to wszystko mężowi, a on i tak twierdzi, że masz lepiej, bo siedzisz w domu a on musi pracować…

    • Belle says:

      7 kwietnia 2016 o 19:24

      To jest prawda. Chyba właśnie w tym najgorszy problem, że osoby które (teoretycznie) powinny to rozumiec, bo także są matkami, nie mają za grosz zrozumienia. Jeszcze potrafią się przyłożyć jakimś „mądrym” komentarzem, czymś w stylu, że to twoja wina, że rozpiescilas, że powinnaś, że nie powinnaś itd.

  3. Patrycja says:

    7 kwietnia 2016 o 21:45

    Mam dwojke maluchow rok po roku. Mieszkam sama z mezem zdala od rodziny. Ostatnimi czasy przeszlam zalamanie nerwowe i po prostu juz nie daje rady. Do tego ciagle boli mnie zoladek chyba z nerwow. Ostatnio stwierdzialam ze musze sobie pomoc u psychiatry bo moze sie to zle skonczyc. A dzieci chce miec matke. Kocham moje dzieci ponad wszytsko ale czuje ze dla mnie to ponad sily. Padam na pysk.

    • MatkaNiePolka says:

      7 kwietnia 2016 o 22:02

      Może to dobry pomysł, wygadasz się co na sercu leży… Może jakoś będzie łatwiej. Bo jeśli człowiek nie ma gdzie iść ze swoimi problemami i jest z tym sam to nie robi to mu dobrze… A dzieci chyba odczuwają nasze źle samopoczucie niestety;/

    • rozamarzy says:

      7 kwietnia 2016 o 23:09

      To w naszym kraju chodzenie do specjalistów uznaje się jako ostateczny krok, a prawda jest taka, że warto sobie pomóc jak najwcześniej i szukać rozwiązań. Jak padasz, to musisz znaleźć sposób, żeby sama dla siebie i dla dzieci – powstać ;) wiem co czujesz. Dużo sił CI życzę i zmiany!

    • Panitailor says:

      25 maja 2017 o 21:32

      Dzieci rok po roku, emigracja, mąż w pracy – dyżury nocne itp. Dół jak Rów Mariański, wycie, poczucie winy, rozerwana dusza i serce…. a jak tylko gębę otworzysz, ze już nie możesz i zaraz umrzesz to zalewa cię lawina… ze masz zdrowe śliczne dzieci, dobrego męża, ma prace, macie mieszkanie, czego Ty jeszcze byś chciała? Słoiczki, pampersy, zabaweczki… lepiej nie narzekaj bo cię los pokara i wtedy zobaczysz jak może być zle… a jak maja te matki, których dzieci leżą na onkologii… i co? Jakie masz prawo czuć się tak zle? Żadnego. Ta pieprzona cywilizowana kultura zrobiła z nas maszyny do cierpienia i zapieprzania 24h bez prawa do głosu. Wypalenie? To istne pogorzelisko…… Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki, nieszanowanej, niedocenianej i wypalonej do cna.

  4. Marta says:

    8 kwietnia 2016 o 09:19

    Podpisuje sie pod kazdym punktem listy. Plus mam ochote wszystko puscic z dymem-sterte ciuchow, gore zabawek…tylko mamy parkiet wszedzie i ogien rozejdzie sie natychmiast po domu. To mnie powstrzymuje… 2chlopakow+ciąża… i czasami tekst meza: przeciez to twoja praca, sama sie na to zgodzilas.. cycki opadaja. Ost wykrzyczalam (co mi sie nie zdarza), ze ja mam swoja prace-lab. A to NASZ dom, NASZE dzieci itd…
    Jest ciezko ostatnio :-( az mam w nosie RB, PbP i co tam jeszcze…noo poza KP ;-)

  5. Lil says:

    8 kwietnia 2016 o 14:44

    Trafione w punkt.Niedlugo znow dojde do sciany i najgorsze jest to,ze nie mam wsparcia. Podpisuje sie obiema rekami pod tymi zdaniami.

  6. aaa says:

    12 stycznia 2017 o 17:28

    Zgadzam się ze wszystkimi komentarzami powyżej. Ostatnio też miałam bardzo ciężki czas i też myślałam, że jedynym wyjściem jest pójście do psychologa. Mówię to mimo że mam wspierającego męża który potrafi zostać z dziećmi. Jak pierwszy raz powiedziałam, że nie mam sił, to mnie wysłał na wychodne. Pojechałam i siedziałam w samochodzie, bo akurat padało i nie przyszłam dopóki mi mąż nie dał znać, że śpią. Pierwszy raz jak wyszłam, to młodszy płakał półtorej godziny, a teraz dużo łatwiej zostaje. Ale naprawdę dużą ulgę poczułam, jak poszłam do rehabilitanta i rozluźnił mi wszystkie mięśnie. Jak wracałam od niego do domu, to czułam się zdecydowanie lepiej i nie czułam stresu. A miałam spięte mięśnie prawie wszystkie – od szyi przez klatkę piersiową i całe plecy aż po mięśnie na nogach. Myślę, że to przez noszenie na rękach dzieci (u mnie jeden 10 kg a drugi 15). Nadal myślę o psychologu, ale nie czuję już aż tak pilnej potrzeby. Warto wyjść chociaż na sam spacer, żeby pobyć samej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *